*alt_site_homepage_image*
pl
lt en

Aktualności

RSS

Polska pycha i litewskie fobie

  Jan Widacki* Przez długi czas zarówno Litwini, jak i Polacy przy każdej okazji powtarzali, że stosunki między naszymi krajami są najlepsze w dziejach. Ale od kilku lat mówi się, że są złe. Co się stało?

Lista polskich pretensji do Litwy jest długa. Przede wszystkim chodzi o sprawy mniejszości polskiej na Litwie. Zdaniem Warszawy mniejszość ta jest poddawana rozmaitym szykanom. Mimo wielokrotnych obietnic władze litewskie nie załatwiły sprawy pisowni polskich nazwisk. Ostatnio - w związku z litewską reformą szkolnictwa - mówi się o szykanowaniu polskiego szkolnictwa, a nawet dążeniu do jego likwidacji. Na terenach zwarcie zamieszkanych przez litewskich Polaków nie pozwala się na umieszczanie dwujęzycznych tablic z nazwami miejscowości i ulic.

Warszawa oczekuje

Na Litwie zgodnie z zasadami języka wszystkie nazwiska obce pisze się w formie litewskiej. Prezydent Bush po litewsku pisze się "Bushas", Obama - "Obamas". Miłosz - "Milosas", a Kowalski - "Kovalskis".
Zgodnie z litewską normą językową i litewskim prawem każde nazwisko ma trzy formy: męską (np. Kovalskis) i dwie żeńskie - odrębną dla mężatek (Kovalskiene) i dla kobiet niezamężnych (Kovalskaite). Prezydent Litwy jest niezamężna, nazywa się Dalia Gribauskaite. Jej tata nazywał się Gribauskas, a mama Gribauskiene.
Traktat polsko-litewski z 1994 r. zagwarantował przedstawicielom mniejszości polskiej na Litwie i litewskiej w Polsce "używania swoich imion i nazwisk w brzmieniu języka mniejszości narodowej", zapowiadając równocześnie, że "szczegółowe regulacje dotyczące pisowni imion i nazwisk zostaną określone w odrębnej umowie".
Od chwili ratyfikacji traktatu obywatel litewski Kovalskis - jeśli chce - może nazywać się "Kovalski", tyle tylko, że będzie się pisał przez "v", a nie przez "w", bo tej litery nie ma w litewskim alfabecie. I na odwrót, Litwin, obywatel polski, dotąd nazywający się Makowski, może - zgodnie z brzmieniem swego języka ojczystego - nazywać się "Makauskas". Dotąd jednak nie została podpisana zapowiedziana traktatem 17 lat temu umowa o pisowni nazwisk. W Polsce jednak się o tym nie mówi. Oczekuje się od Litwinów, że jednostronnie uregulują sprawę pisowni polskich nazwisk.

Nawiasem mówiąc, pod polskim naciskiem rząd litewski projekt takiej ustawy przygotował, ale Sejm jej nie uchwalił, w związku z czym obraziliśmy się na... litewski rząd.

Dlaczego chcemy, aby Litwini uregulowali sprawę jednostronnie, a nie próbujemy negocjować zapowiedzianej traktatem umowy? Zdaje się, że według naszego MSZ umowa jest zbędna, bo problem leży tylko po stronie litewskiej. W Polsce Litwini mogą rzekomo pisać nazwiska w pisowni języka litewskiego; nie jest to ścisłe, o czym za chwilę. Umowy nie próbuje negocjować żadna ze stron od 1998 r. Prób poniechano, kiedy strony przedstawiły sobie wzajemnie sprzeczne wstępne jej projekty. Od tego czasu Warszawa oczekuje, że sprawę - w sposób nas satysfakcjonujący - załatwi Wilno.

W Polsce, Litwini-obywatele polscy wprawdzie mogą używać nazwisk w brzmieniu i pisowni języka litewskiego, ale tylko w jednej męskiej formie, tej samej dla mężczyzn, mężatek i panien. Żona pana Makauskasa może nazywać się jak on "Makauskas", a nie "Makauskiene", jak tego wymaga reguła języka i litewski obyczaj. Ich córka też nie może nazywać się Makauskaite. To tak, jakby naszego Nowaka nazwać "Nowakówną".

W odpowiedzi na interpelację polski minister spraw zagranicznych pisze dowcipnie: "Jeżeli obywatel polski narodowości litewskiej przedłoży litewski akt stanu cywilnego, w którym nazwisko wpisane będzie z uwzględnieniem jednej z trzech form różnych: dla mężczyzny, kobiety zamężnej i panny, taki zapis nazwiska znajdzie się również w polskim akcie stanu cywilnego". Skąd urodzona w Puńsku czy Sejnach obywatelka polska przed wydaniem jej polskiego aktu stanu cywilnego ma dysponować takim aktem litewskim? Ma z nim w ręku przyjść na świat? Skąd wychodząca za mąż, stająca przed urzędnikiem stanu cywilnego lub proboszczem przedstawicielka mniejszości litewskiej ma mieć litewski akt stanu cywilnego z nazwiskiem otrzymanym po mężu, w jego litewskiej formie? Tego minister nie wyjaśnia.

Nie jest więc prawdą, że sprawa pisowni nazwisk polskich Litwinów nie wymaga regulacji prawnych.

Zamiast się oburzać i boczyć na Litwinów, próbować wymusić na nich jednostronne załatwienie sprawy, a przy okazji wprowadzać w błąd polską opinię publiczną, trzeba przygotować nowy projekt zapowiedzianej traktatem umowy i wrócić do negocjacji.

Ten problem może załatwić tylko dwustronna umowa, tym bardziej że ostatnio Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu, rozpoznając sprawę litewskiej Polki i jej urodzonego w Polsce męża, orzekł, że obowiązujące na Litwie zasady pisowni nazwisk w litewskiej transkrypcji nie łamią unijnych zasad.

Nawiasem mówiąc, MSZ nie wie, ilu Polaków na Litwie jest zainteresowanych zmianą pisowni swego nazwiska. W opinii Związku Polaków na Litwie może ich być 20 proc. Jeśli nawet te szacunki uznać za wiarygodne, widać, że problem pisowni nazwisk nie jest istotny dla zdecydowanej większości Polaków litewskich.

Lituanizacja polskiej szkoły

Ostatnio falę oburzenia i protestów wywołała w Polsce reforma litewskiego prawa oświatowego. Posłowie PiS-u przygotowali nawet projekt specjalnej uchwały Sejmu w tej sprawie. Mówi się, że reforma jest próbą likwidacji polskiej oświaty na Litwie. Nawet "Gazeta" w artykule "Polskie szkoły mają mówić po litewsku" biadała: "Litewski Sejm przyjął wczoraj nowelizację ustawy o oświacie, która może doprowadzić do upadku kilkudziesięciu polskich szkół na Litwie".

Zanim zacznie się mówić o szykanach, jakich doznaje polskie szkolnictwo na Litwie, dobrze jest przypomnieć, że Litwa jest jedynym - poza Polską - krajem na świecie, gdzie można pobierać edukację w języku polskim na wszystkich szczeblach nauczania, włącznie z wyższym. Na Litwie działa ponad 120 szkół z polskim językiem nauczania.

Na czym polega ta "zagrażająca polskiej oświacie na Litwie" reforma? Otóż, i tego boją się litewscy Polacy najbardziej, ma dojść do "optymalizacji sieci szkół". Konsekwencją tej optymalizacji ma być zamykanie małych szkół w małych miejscowościach. Szkół, w których jest za mało uczniów. Grozi to zamknięciem najmniejszych polskich szkół, w których uczniów po prostu brakuje. Jak zapewnia ambasador Litwy w Polsce Loreta Zakareviciene, może chodzić jedynie o szkoły, w których od dawna jest więcej nauczycieli niż uczniów. Warto dodać, że szkoły są finansowane przez samorządy, a w tych rejonach, w których działają szkoły polskie, samorządy są w rękach Polaków. W przeciwieństwie do Litwy Polska wyszła z kryzysu obronną ręką, ale też ze względów oszczędnościowych zamyka się najmniejsze szkoły.

Reforma oświaty wprowadza też dla szkół z językiem nauczania innym niż litewski obowiązek nauczania kilku przedmiotów po litewsku: języka litewskiego, historii i geografii Litwy. Zdaniem niektórych polskich polityków i publicystów jest to budzący sprzeciw przejaw lituanizacji polskiej szkoły na Litwie.

Czy dla absolwentów szkół polskich na Litwie, którzy z Litwą wiążą przyszłość, lepiej jest dobrze znać język litewski, czy lepiej znać go słabo?

Jak to wygląda w Polsce? Mniejszości narodowe mogą uczęszczać do szkół, w których nauczany jest ich język ojczysty, a reszta przedmiotów nauczana jest po polsku, albo do szkół, w których cała edukacja z zasady odbywa się w języku mniejszości. Aby utworzyć klasę z nauczaniem języka lub z nauczaniem w języku mniejszości w szkole podstawowej lub gimnazjum chęć takiego nauczania zgłosi co najmniej 7 uczniów, a w ponadgimnazjalnej co najmniej 14.

W szkołach z nauczaniem w języku mniejszości zajęcia prowadzone są w tym języku, z wyjątkiem zajęć obejmujących: w szkole podstawowej, w I etapie edukacyjnym - edukację wczesnoszkolną w zakresie nauczania języka polskiego. W II etapie edukacyjnym - po polsku nauczany jest język polski, historia i geografia Polski. W pozostałych szkołach (ponadgimnazjalnych) po polsku uczy się polskiego, historii i geografii Polski.
Jak widać, po litewskiej reformie, szkoły mniejszości narodowych pod względem liczby przedmiotów nauczanych w języku państwowym upodobniły się do szkół mniejszości narodowych w Polsce.

Standard dwujęzycznego pogranicza

Jeśli chodzi o dwujęzyczne nazwy miejscowości i ulic, to przez całe 20 lat stosunków polsko-litewskich nic się tu nie zmieniło, przynajmniej po stronie litewskiej. Litwini konsekwentnie nie zgadzali się na ich dwujęzyczne nazwy. Polska zrazu na to specjalnie nie naciskała, nie chciała bowiem dopuścić do takich dwujęzycznych tablic na Górnym Śląsku i Opolszczyźnie.

Po uchwaleniu naszej ustawy o mniejszościach narodowych, umieszczanie dwujęzycznych tablic jest możliwe. Wymagane jest, by w takiej miejscowości przedstawiciele mniejszości stanowili co najmniej 20 proc. mieszkańców, a rada gminy przyjęła stosowną uchwałę. Z możliwości takiej skorzystały społeczności lokalne Niemców na Śląsku i Litwini w Puńsku. Po wielu awanturach, po zarządzonym przez władze gminne referendum (ustawa nie zna takiego wymogu) tylko jedna miejscowość na Łemkowszczyźnie Bielanka ma też tablicę w języku ukraińskim "Biłanka". Po doświadczeniach Bielanki inne wsie łemkowskie zrezygnowały z próby umieszczenia dwujęzycznych tablic.

Litwini nadal nie godzą się na dwujęzyczne tablice. Upierają się, choć dwujęzyczność tablic na pograniczach jest dziś absolutnym standardem europejskim.

Pamiętając, że i nam jeszcze kilkanaście lat temu niełatwo było zgodzić się na dwujęzyczność tablic, próbujmy Litwinów do tego przekonywać, a nie na nich pokrzykiwać.

Próba wymuszenia czegoś siłą rzeczy budzi opór. O tym, że dwujęzyczność, a gdzieniegdzie nawet trójjęzyczność tablic z nazwami miejscowości i ulic jest w Europie czymś normalnym, przekonują się tysiące młodych Litwinów jeżdżących za pracą czy jako turyści po Europie Zachodniej. Muszą takie tablice oglądać na pograniczu niemiecko-francuskim, austriacko-włoskim, a nawet na rumuńsko-ukraińskim. Dlaczego Litwa miałaby się pod tym względem różnić od reszty Europy?

Po co nam te Możejki?

Kolejnym punktem rzutującym na stosunki polsko-litewskie jest sprawa rafinerii w Możejkach na Litwie. Zakup tej rafinerii przez PKN Orlen motywowany był nie kalkulacją ekonomiczną, ale bardziej względami polityczno-ambicjonalnymi. Wszystko zdaje się wskazywać na to, że była to inwestycja chybiona.

Ropę trzeba kupić w Rosji i przewieźć ją do rafinerii. To, co miało być wielkim sukcesem gospodarczym, a zarazem politycznym, stało się źródłem nieustającej frustracji i kłopotów. Oczekiwaliśmy, że Litwini obniżą nam ceny za przewóz ropy, ale oni ani myślą, do biznesu podchodzą z nastawieniem na zysk (a kto się spodziewał, że będzie inaczej?), są pazerni i chcą zarobić jak najwięcej.

Dlaczego kupując rafinerię, nie wynegocjowaliśmy przy okazji cen przewozu ropy?

I po co w ogóle było kupować te rafinerię? Czy dzisiejszych kłopotów nie dało się przewidzieć?

AK jak UPA

Dochodzi do tego szereg upublicznianych i komentowanych u nas nieprzyjaznych Polsce i Polakom wypowiedzi na ogół marginalnych polityków litewskich. Ostatnio MSZ wezwał na dywanik panią ambasador Litwy w związku z głupią wypowiedzią emerytowanego dyrektora szkoły w Ejszyszkach, który na jakimś konwentyklu powiedział, że Polacy na Litwie stanowią piątą kolumnę, a uczniów polskich szkół porównał do Hitlerjugend. Za tą wypowiedź przeprosił zresztą przedstawiciel litewskiego rządu.

Nie sądzę, aby polskiego ambasadora w Waszyngtonie ktoś wzywał na dywanik do Departamentu Stanu po wypowiedzi polskiego posła, który po ogłoszeniu, że prezydentem Stanów Zjednoczonych został Barack Obama wieszczył z mównicy sejmowej koniec ery białego człowieka. Nadmierna reakcja na idiotyzm podnosi tylko rangę idiotyzmu.

Stosunki polsko-litewskie nigdy nie były łatwe. Pamięć wspólnie przeżytej historii była różna wśród Polaków i Litwinów. Dla nas Jagiełło był wielkim królem, dla Litwinów zdrajcą. Nam Unia Lubelska kojarzyła się z powstaniem jagiellońskiego mocarstwa, im kojarzyła się z dominacja Polski i polskiej kultury. Dla nas rocznica uchwalenia Konstytucji 3 maja jest świętem państwowym, Litwinom do niedawna przypominała utratę odrębnej państwowości.

Budzenie się litewskiej świadomości narodowej w końcu XIX wieku dokonało się poprzez zaprzeczenie polskości. Aby być Litwinem, trzeba było najpierw powiedzieć: „nie jestem Polakiem”.

Większość litewskich ojców odrodzenia narodowego, nawet jeśli język polski nie był ich pierwszym językiem, władała nim nie gorzej niż litewskim. Po pierwszej wojnie światowej Litwini nie chcieli żadnej unii z Polską, stworzyli własne państwo narodowe. Rozpoczął się trwający przez cały okres międzywojenny spór o Wilno. Litwini uważali, że należy im się ono z racji historycznych - jako historyczna stolica Wielkiego Księstwa. Polacy uważali, że skoro większość mieszkańców Wilna to Polacy (faktycznie Litwini stanowili ok. 2 proc. mieszkańców), to na zasadzie samostanowienia ludności miasto powinno należeć do Polski. Litwini nie przyjmowali tego do wiadomości, do dziś uważają międzywojnie za okres polskiej okupacji Wilna. Doświadczenia drugiej wojny światowej przyniosły jeszcze spór o AK na Wileńszczyźnie. My jesteśmy gotowi ją idealizować, Litwini przeciwnie, patrzą na AK trochę tak, jak my patrzymy na UPA.

Odzyskanie na początku ostatniej dekady XX wieku niepodległości przez Litwę, a pełnej suwerenności przez Polskę, stworzyło możliwość ułożenia wzajemnych stosunków od nowa. Jednak stereotypy okazały się bardzo silne. Do tego doszło jeszcze zachowanie części liderów społeczności polskiej, którzy w sporze Litwinów z Moskwą stanęli po stronie tej ostatniej. W głosowaniu nad Aktem Niepodległości Litwy tylko kilku polskich deputowanych do Rady Najwyższej wstrzymało się od głosu i nie poparło tym samym niepodległości. Niektórzy polscy liderzy poparli pucz Janajewa i próbowali utworzyć polski okręg autonomiczny.
Te doświadczenia z czasu początków niepodległości widoczne są w obsesyjnych postawach wielu polityków litewskich do dziś.

Jesteśmy sobie potrzebni

Litwa, która w swych dziejach trzykrotnie narażona była na utratę języka i kultury, jest chorobliwie przewrażliwiona i alergicznie reaguje na wszystko, co wydaje się osłabiać jej litewskość. Stąd te niezrozumiałe i śmieszne dla nas administracyjne rygory dotyczące napisów, działalność inspekcji języka litewskiego, wymierzająca kary za zaśmiecanie języka obcymi wyrazami, nawet litewskie urzędowo zatwierdzone nazwy potraw w restauracjach McDonald'sa.

Z drugiej strony w Wilnie Litwini stanowią niespełna 60 proc. mieszkańców (Polacy blisko 20 proc., Rosjanie 14 proc.), a w przyległych do Wilna od południa i wschodu rejonach Polacy 60-80 proc. Litwa ma nieco ponad 3 mln 230 tys. mieszkańców - tyle samo co województwo małopolskie.

Województwa śląskie i opolskie łącznie mają prawie dwukrotnie więcej mieszkańców niż cała Litwa, a 120-tysięczna mniejszość niemiecka potrafi zaniepokoić „swą opcją” lidera największej w Polsce partii opozycyjnej. Czy to takie dziwne, że są na Litwie politycy chronicznie zaniepokojeni „opcją polską”?

W ostatnim dwudziestoleciu doszło do istotnego zbliżenia i faktycznej współpracy między historykami polskimi i litewskimi. Udało się oddzielić historię od bieżącej polityki. Wspólne badania, konferencje, tłumaczenia historycznych monografii stały się normą. Wydaje się, że jeśli politycy obu stron nie ożywią "polityki historycznej", historycy dadzą sobie radę, a historia przestanie raz na zawsze rzutować na politykę. Wydaje się, że bezpowrotnie zniknęła poważna przeszkoda utrudniająca wzajemne stosunki.

Pozostaje bieżąca polityka. Członkostwo obydwu krajów w NATO i Unii Europejskiej powinno jej prowadzenie ułatwiać. Wspólne działania Polski i Litwy mogą skutecznie wpływać na politykę całej Unii, zwłaszcza na jej politykę wschodnią. Z tego względu Polska i Litwa są sobie wzajemnie potrzebne.

Sprawy mniejszości polskiej na Litwie muszą być stopniowo rozwiązywane. Polska musi też wyraźnie oświadczyć, że nie będzie wspierać tych żądań liderów polskiej mniejszości, które wykraczają poza europejski standard. Jest to konieczne dla miarkowania żądań liderów mniejszości, a Litwie da to gwarancję, że nie będziemy wspierać działań, które nawet w dalekiej perspektywie mogłyby godzić w jej integralność terytorialną czy unitarny charakter państwa.

Pokonać pychę

Trzeba z Litwą rozmawiać, przekonywać, a nie próbować na niej cokolwiek wymuszać. Tymczasem tych rozmów unikamy. Poprzedni ambasador Litwy w Polsce, a dziś wiceminister spraw zagranicznych Litwy Egidijus Meilunas, który osobiście angażował się w zbliżenie polskich i litewskich środowisk intelektualnych i który dla zbliżenia polsko-litewskiego uczynił naprawdę dużo, przez całe miesiące nie mógł się dostać do polskiego ministra spraw zagranicznych. Nawet gdy kończył misję, minister nie przyjął go z pożegnalną wizytą, lecz jedynie wiceminister. Minister wpadł na chwilę, by powiedzieć żegnającemu się ambasadorowi, że jego następczyni nie będzie miała łatwego życia. Rzeczywiście, nie ma. Na złożenie listów uwierzytelniających czekała kilka miesięcy, co dla ambasadora jest nie tylko upokarzające, ale też nie pozwala mu na oficjalne działanie.

Nie wiem, na ile polityka naszego MSZ wobec Litwy motywowana jest porachunkami wewnętrznymi. Czy aby nie idzie przy okazji i o to, by pokazać, że prezydent Kaczyński 14 razy odwiedzał Wilno i nie tylko nic nie załatwił, ale jeszcze rozzuchwalił Litwinów?

Na ile spowodowane naszą butą jest przekonanie, że potrafimy wymusić na Litwie wszystko, czego od niej oczekujemy? Myślę, że jesteśmy w stanie wymusić wiele. Ale nie radzę. Efekt będzie taki, że Litwini odreagują gdzie indziej, pogłębi się wzajemna niechęć i nieufność. Odpowiedzią na naszą butę są pogłębiające się litewskie fobie. Nie tylko polityków, ale też społeczeństw. To nie jest dobra podstawa do kształtowania stosunków z sąsiadami. To droga donikąd.

*Jan Widacki
- ur. 1948, profesor prawa, adwokat, wiceminister spraw wewnętrznych (1990-92), ambasador RP na Litwie (1992-96), obecnie poseł z Demokratycznego Koła Poselskiego

Żródło "Gazeta Wyborcza"